Marek Kamiński, który został oskarżony o to, że powołując się na swoją pozycję, poprzez zastraszanie wymusił na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przewiezienie go karetką do Rzeszowa (więcej o tym TUTAJ i TUTAJ), przechodzi do kontrataku. Radny przypomina teraz afery związane z SOR:
– 23 sierpnia wbiło mi się coś w oko, poprosiłem więc o pomoc – wspomina. – Takowej mi na SOR-ze nie udzielono. Zostałem tam potraktowany jak śmieć. Chciałem się poczuć jak zwykły pacjent. I rzeczywiście tak się poczułem… Mówi się, że z lekarzami i pielęgniarkami nie można wygrać. Nie! Mogę się bać o swoje życie, ale nie odpuszczę! Bo jeśli ja zostałem tak zdołowany, to znaczy, że inni ludzie są tam traktowani jeszcze gorzej. Sygnały, które otrzymuję od mieszkańców, okazują się prawdziwe.
– Jeden z pacjentów skarżył mi się, że przyszedł na SOR ze skręconą nogą – zaznacza Kamiński. – Nie za bardzo nim się zajmowano. Zaczęto od tego, że pobrano od tej osoby krew i włożono wenflon. Okazało się, że panie pielęgniarki się pomyliły. Dobrze, że poszło tylko o wenflon. Takich przykładów jest wiele.
O „przygodach” Marka Kamińskiego na SOR-ze można było przeczytać w prasie w maju 2010 r.: – Ze złamanym palcem u nogi musiałem chodzić naokoło szpitala, bo nie mogłem dostać się do środka SOR-u. Koniec końców zauważyłem mało widoczny domofon, w którym usłyszałem, „Z czym pan do nas idzie?”. Miałem na końcu języka, że z flaszką, pewnie wtedy drzwi by się szybko otworzyły Ale powiedziałem, że mam złamany palec u nogi – relacjonował 7 lat temu radny Kamiński.
– Innym razem wcisnąłem guzik domofonu i na hasło „słucham” odpowiedziałem: „mmm”. Pani się rozłączyła. Zadzwoniłem jeszcze raz i powiedziałem, że mi nogę urwało. Chciałem im pokazać, że ten domofon na SOR-ze nie ma sensu, bo człowiek bardzo chory czasem nie jest w stanie nic powiedzieć.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis